27 wrz 2014

Rozdział 4.



Głuchy szczęk rozdzieranego na strzępy serca, przeszył ją na wskroś. Nie wiedziała nawet, czy w ogóle oddycha. Pierwotną ciszę zastąpił głośny, wewnętrzny krzyk, którego nie słyszał nikt, poza nią samą. W pewnym momencie myślała, że jej głowa pęknie na pół, a wszystkie kotłujące się w niej myśli wydostaną się na zewnątrz, tworząc tym samym jeszcze większy chaos. Nie docierało do niej nic, poza jednym, przeklętym zdaniem…
Nie miała pojęcia, ile siedziała w tym letargu. W tym momencie, nie była w stanie zdefiniować niczego, poza bólem pomieszanym ze wściekłością. Podniosła w końcu wzrok na wystraszonego i smutnego bruneta, ale nie ruszyło to w niej niczego. Wzięła głęboki wdech, by po chwili powoli wypuszczać powietrze z płuc. Starała się uspokoić, ale drżące ręce zdradzały wszystko.
- Że co zrobiłeś? – odezwała się w końcu, w jej mniemaniu dość głośno, lecz jej głos przypominał jedynie desperacki szept.
- Wyprałem mu pamięć. – powtórzył Blaise i odwrócił głowę w bok, nie mogąc znieść przeszywająco pustego wzroku Hermiony, wiercącego mu dziurę w brzuchu.
- Ale.. Ale jak to? Blaise… Co dokładnie zrobiłeś?
- Nie zastosowałem obliviate, jeśli o to ci chodzi. Zrobiłem coś… bardziej skomplikowanego. Wiedziałem, że nie mogę porywać się na żadne proste zaklęcie, inaczej zarówno Lucjusz, jak i Voldemort mieliby szansę doszukać się czegoś w myślach Draco. Mogliby znaleźć drogę do ciebie, a do tego nie mogłem dopuścić. Długo zastanawiałem się nad naprawdę dobrym rozwiązaniem i wtedy wpadła mi w ręce pewna księga staromagicznych zaklęć, które wyszły dawno z użytku nie tylko dlatego, że znaleziono tak jakby ich prostsze odpowiedniki, ale przede wszystkim dlatego, że były… groźniejsze. Dokładnie przestudiowałem wszystko od a do z, żeby mieć pewność, że niczego nie zmaszczę, a co najważniejsze – że będzie to proces odwracalny i gdy wojna się skończy, wszystko będzie mogło wrócić do normy. Nie przewidziałem jednak tego, że Draco wyjedzie…
Hermiona słuchała, a serce boleśnie tłukło w jej piersi. Oddech miała nierówny i przyspieszony. Zamknęła oczy, chcąc w ten sposób niejako osłonić się przed ciosami, w postaci kolejno wypowiadanych słów z ust Zabiniego. Zacisnęła ręce na materiale swoich dresowych spodni, po czym powiedziała:
- Blaise, nie owijaj w bawełnę, tylko wyduś w końcu z siebie to, co powinieneś.
- Herm… Nie dość, że użyłem zaklęcia memoriane*, to jeszcze podałem Draco eliksir zapomnienia…
- CO ZROBIŁEŚ?! – w jednej chwili Hermiona odzyskała wszelkie siły, poderwała się z miejsca i głośno oddychając, złapała Blaise’a za ramię. Adrenalina w jej żyłach spowodowała, że nie poczuła nawet łamiących się paznokci.
Brunet odwrócił głowę i od razu tego pożałował. Tak wściekłej Hermiony nie widział nigdy, w całym swoim życiu. Jej trzęsąca się sylwetka w połączeniu z błyskawicami ciskanymi z oczu była widokiem iście przerażającym. Poczuł jak krew odchodzi z jego twarzy, a ciało oblewa zimny pot.
- Hermiona, ja…
-Nie! Cicho bądź! Nie chcę tego słuchać. Czy ty zdajesz sobie sprawę, co żeś narobił? Wiesz, jakie to niebezpieczne, mieszać komuś w głowie?! Jeszcze używając do tego zaklęcia, o którym wcześniej się nawet nie słyszało?! – dziewczyna krzyczała, sama jednak nie wiedząc, czy robi to ze złości, czy może bardziej przez żal ściskający jej serce lub też ze względu na głupotę przyjaciela.
Ona w przeciwieństwie do bruneta znała to zaklęcie o wiele wcześniej. Nie na darmo spędziła tyle godzin w szkolnej bibliotece, a także przeróżnych księgarniach. Opadła bezsilnie na kanapę, zakrywając przy tym twarz dłońmi. W jej głowie huczało od myśli na temat zaklęcia, które zniszczyło jej trzy lata życia. Jak wielką ironią było to, że kiedy zarobiła swój pierwszy szlaban w Hogwarcie, jej zadośćuczynieniem miał być esej właśnie na temat tego zaklęcia. A żeby było jeszcze śmieszniej, opracowywała go nie z kim innym, jak z samym  Malfoy’em.
Starała się przypomnieć jak najwięcej informacji, co zaowocowało jeszcze większym przygnębieniem. Kiedy przeanalizowała wszystko, co była w stanie przywrócić do swojej pamięci, poczuła się jakby ktoś wylał na nią kubeł zimnej wody. Rzucenie tak silnego zaklęcia dodatkowo w połączeniu z eliksirem zapomnienia mogło być tragiczne w skutkach. Istniały tylko dwa rozwiązania, które mogły, aczkolwiek nie musiały pomóc danej osobie. Pierwszym z nich był wywar z soku, wypuszczanego przez bardzo rzadką i oczywiście trudno dostępną roślinę miligami**, która rosła tylko we wschodniej części Japonii, a do tego ów sok można było pozyskać jedynie w czasie pełni księżyca. Drugim natomiast była nadzieja. Nadzieja na to, że przy odrobinie szczęścia, ogromnym wysiłku i cierpliwości pomoże się odzyskać tej osobie utracone wspomnienia. Można było uczynić to na przykład poprzez zabieranie jej w miejsca albo tworzenie podobnych sytuacji, które zostały wyrzucone z umysłu.
Blaise stał nadal w tym samym miejscu, a palące poczucie winy zapierało mu dech w piersiach. Czuł się jak idiota. Wcześniej nawet się do tego nie przyznawał, ale w głębi duszy miał przeogromną nadzieję na to, że Hermiona nie wyrzuci go bez słowa za drzwi. I tak cieszył się, że w ogóle go wysłuchała, a do tego nie zbeształa od góry do dołu. Chciał do niej podejść, ale zabrakło mu odwagi nawet na to, by wydusić z siebie choć pół słowa, o przytuleniu nie wspominając. Czekał na apogeum wściekłości, w postaci wulgarnych słów rzuconych w jego stronę, które ku jego zdziwieniu nie nadeszło. Zamiast tego Hermiona podniosła głowę i popatrzyła na niego przesiąkniętymi smutkiem oczami. Nie powiedziała nic, tylko patrzyła. Zabini nie mógł znieść dłużej tego przeszywającego wzroku, dlatego po raz kolejny tego wieczora odwrócił głowę. Chciał zapaść się pod ziemię, albo lepiej – cofnąć czas i wybić sobie ten durnowaty pomysł z głowy. Przełknął kulę wstydu i odezwał się drżącym głosem:
- Wiem, że to niewiele zmieni, ale… Miałem antidotum. Niestety, po tym jak Draco wyjechał, byłem zmuszony je wylać, bo jak zapewne wiesz…
- Trzeba je podać maksymalnie do dwudziestu-czterech godzin po sporządzeniu. Tak wiem, Blaise. – Hermiona sama była pod wrażeniem tego, jak twardy był jej głos. Spodziewała się raczej, że będzie to jedynie cichy szept.
Podniosła się z miejsca i podeszła do bruneta. Złapała jego twarz w swoje dłonie i przekręciła tak, by mógł na nią spojrzeć. Nie opierał się nawet, bo wiedział, że musi stawić czoła konsekwencjom. W tej chwili miało to być przerażająco smutne oblicze przyjaciółki.
- Nie znienawidziłam cię, Blaise. Nie mogłabym tego zrobić, chociażby ze względu na to, że bardzo pomogłeś mi przez ten czas, kiedy moje życie potrzaskało się na kawałki. Nawet mimo tego, że postąpiłeś bardzo pochopnie, a wręcz głupio, nie jestem w stanie czuć do ciebie odrazy. Jest mi po prostu cholernie przykro. Widzę jednak, że żałujesz tego, co zrobiłeś, a w tej chwili to jeden z najważniejszych aspektów. Szkoda, że zataiłeś przede mną ten fakt. Zabawa ze starymi zaklęciami zazwyczaj nigdy nie kończy się dobrze, tak było i tym razem. Poza tym jest jeszcze nadzieja na to, że Draco odzyska pamięć, a o to przecież w tym wszystkim chodzi, prawda?
- Wcale nie, Herm. Tu chodzi też o ciebie! A właściwie to przede wszystkim! Bo to ty zostałaś poszkodowana najbardziej, to ciebie i tylko ciebie Smok w ogóle nie pamięta! Zostałaś wyrzucona z jego życia niczym śmieć… I to tylko i wyłącznie z mojej winy! – brunet nie mógł dłużej wytrzymać rosnącego w nim napięcia. Miał ochotę strzelić sobie samemu w pysk.
- Nie twierdzę, że nie. Jednak musisz pamiętać, że użalanie się nad sobą już niczego nie zmieni. Teraz, kiedy prawda wyszła na jaw, trzeba zacząć działać. Nie powiem, że jest to dla mnie proste, ale nie poddam się. Nawet jeśli miałoby mi to zająć wieczność, przypomnę Draconowi o sobie.
Blaise patrzył na Hermionę z niemałym podziwem. Zastanowiło go to, skąd taka krucha istotka czerpie tyle siły? Przeżyła wojnę, utratę rodziców, a także załamanie nerwowe spowodowane odejściem osoby, która była dla niej jedną z najważniejszych. Pozbierała się w zawrotnym tempie i choć nigdy nie miała zbyt łatwej drogi do celu, to starała się z całych sił pokonywać przeszkody, które na niej stawały. I wychodziło jej to co najmniej bardzo dobrze. Jej odwaga i determinacja spowodowały, że teraz znajdowała się w takim, a nie innym miejscu, z takimi, a nie innymi osobami przy swoim boku. Zasługiwała na szczęście, a przede wszystkim na spokój, który tak ochoczo wyrywał jej się z rąk przez spory kawał czasu. Nigdy nie był w stanie pojąć tego, jak udawało jej się brnąć przed siebie w swoich postanowieniach, pomimo bólu oplatającego jej serce i duszę. Jak silna musiała być jej psychika, żeby znieść tak wiele cierpienia i nie doprowadzić jej do ostatecznego upadku? W tej chwili przyszła mu do głowy myśl, że nawet sam Godryk Gryffindor, gdyby tylko żył, mógłby jej pozazdrościć charakteru i odwagi, a także lojalności i szlachetności. Bo jaki inny człowiek, poza nią, zamiast wystawić go za drzwi, a wręcz wykopać ze swojego życia po tym, co uczynił, nadal chciałby się z nim przyjaźnić?
Sekundę później nawiedziło go również pytanie, jak wielkim uczuciem Hermiona musiała darzyć Draco, że mimo ogromnego bólu nieodzownie połączonego z jego osobą, wciąż chciała z nim być i walczyć o jego utraconą pamięć? Widział determinację odznaczającą się w jej oczach. Wtedy pojął również, że tak jak powiedziała, tak też będzie i nie ma zamiaru się poddać. Chciał się uśmiechnąć, jednak poprzez zgromadzone w nim emocje, wyszedł mu raczej krzywy grymas. Chciał też coś powiedzieć, ale zamiast tego po prostu przytulił do siebie dziewczynę. Zachciało mu się płakać, a do tego odczuł lekki dyskomfort psychiczny. Bo jak to jest, że taka mała Hermiona miała w sobie tyle siły, a on przez tak długi czas nawet nie potrafił ogarnąć się na tyle, by dowiedzieć się, dlaczego jego ukochana go porzuciła? Z trudem przełknął ślinę, nie chcąc w tym momencie dolewać sobie samemu oliwy do ognia. Wiedział jednak, że otworzyła mu się w mózgu dawno nieużywana klapka z napisem „działaj”, która już spory kawał czasu temu powinna była wznowić swój żywot.
- Jesteś wspaniałą osobą, Hermiono. Takiej jak ty, to ze świecą szukać, serio. Dziękuję ci, że nie wykopałaś mnie ze swojego życia. Bardzo się bałem, że gdy dowiesz się prawdy, to zostawisz mnie na lodzie. A szczerze? Poza Smokiem zostałaś mi tylko ty… Nie zniósłbym utraty kolejnej wartościowej kobiety w moim życiu.
Czekoladowooka wyswobodziła się z uścisku bruneta, popatrzyła w jego ciemne oczu i uśmiechnęła się lekko.
- Jestem Gryfonką, nie pamiętasz? Poza tym, nauczyłam się wybaczać. Gdybym miała ciągle żywić do wszystkich urazę za krzywdy, których doznałam, to teraz pewnie siedziałabym na oddziale psychiatrycznym w Mungu. Zresztą, powiedziałam ci już, że jesteś osobą, która mi ogromnie pomogła. I nie liczy się dla mnie to, co było. Przeszłość jest przeszłością, teraz musimy zająć się teraźniejszością, by móc budować stabilną przyszłość. Nie mam czasu na użalanie się, tak samo jak i ty. Bo poza odzyskaniem naszego Draco, przed tobą jest jeszcze zadanie, by odzyskać twoją kobietę. Ale wszystko w swoim czasie. Teraz jest czas na porządną dawkę Ognistej.

***
Narcyza Malfoy siedziała w swoim przestronnym, aczkolwiek już nie tak ogromnym salonie, pijąc popołudniową herbatę. Trzymając w dłoniach filiżankę z parującym płynem, zastanawiała się nad wszystkim, co miało miejsce do tej pory. Z jednej strony czuła się wolna i szczęśliwa, ponieważ w końcu nie czuła na sobie presji męża, ani fałszywych przyjaciół, obgadujących każdy jej najmniejszy ruch. Z drugiej zaś trochę martwiła ją sytuacja jej pierworodnego syna. Kochała go nad życie i jak każda matka, chciała dla niego jak najlepiej. Kiedy dowiedziała się o skrywanym uczuciu do pewnej dziewczyny, wbrew pozorom bardzo się ucieszyła. Po cichu liczyła na to, że przyczyni się to do zmiany decyzji Dracona względem obranych stron. Niestety, presja narzucona przez ojca, a także strach o niewinne życie przechyliły szalę na korzyść zła. Do tego absurdalny pomysł Blaise’a Zabini’ego, który okazał się być strzałem w dziesiątkę w kwestii bezpieczeństwa, niestety przy okazji pokomplikował życie dwóch osób do tego stopnia, że te trzy minione lata mogły wydawać się nie do odzyskania. Narcyza nigdy nie była osobą nazbyt ufającą w szczęśliwe zakończenia, jednak tym razem wierzyła w nie tak mocno, że aż czuła fizyczny ból ściskającego się w jej piersi serca. Zdawała sobie sprawę, że niektóre procesy zachodzące w głowie człowieka ugodzonego potężnym zaklęciem mogą być nieodwracalne, a przynajmniej niezwykle trudne do naprawy, mimo to nie dopuszczała do siebie myśli, że jej ukochane dziecko mogłoby być pozbawione chociażby minimalnej szansy na powrót do tego, co dawało mu niezmierną radość. Jej rozmyślania przerwał charakterystyczny dźwięk teleportacji. Odwróciła głowę w stronę wejścia, w którym po chwili pojawił się blondyn.
- Witaj, mamo. – to mówiąc podszedł do rodzicielki i ucałował ją delikatnie w czubek głowy.
Narcyza uśmiechnęła się, a po jej ciele rozlało się przyjemne uczucie ciepła, bynajmniej nie  spowodowane przez herbatę. To miłość i przywiązanie między matką, a jej dzieckiem przynosiła tak wspaniałe odczucia.
- Witaj synku, jak minął dzień?
Draco usiadł w fotelu po przeciwnej stronie i nalewając sobie herbaty do drugiej filiżanki, odpowiedział:
- Nic nadzwyczajnego. Byłem na Pokątnej, żeby zorientować się jak to wszystko teraz tam wygląda, później odwiedziłem Gringotta i udałem się na małe zakupy. Mam też coś dla ciebie. – Malfoy uśmiechnął się i wyciągnął z kieszeni marynarki małe, brązowe pudełeczko, owinięte kremową wstążką.
Narcyza nieco zaskoczona, ale też ucieszona wzięła od syna prezent i niezwłocznie go otworzyła. Jej oczom ukazała się delikatna bransoletka z białego złota, której końce zbiegały się na figurce małej jaskółki. Popatrzyła wzruszona na chłopaka i uśmiechnęła się ciepło.
- Dziękuję, Draco. Jest cudowna. Rozumiem, że ta jaskółka to nie przypadek?
- Jak zawsze mnie przejrzałaś. – blondyn również uśmiechnął się i pomógł kobiecie nałożyć bransoletkę – Ta jaskółka to symbol twojej wolności, mamo. Chciałem, żebyś o tym już zawsze pamiętała. Bo tak właśnie jest: jesteś wolna nie tylko od tyranii. Jesteś niezależnym człowiekiem, a także silną kobietą, która ma prawo do wspaniałego i spokojnego życia. Wiem, że te trzy lata beze mnie dały ci trochę w kość, musiałaś pozbierać do kupy nie tylko siebie, ale też ogarnąć po części mnie, ale dałaś radę. Zresztą jak zawsze. Dlatego tak bardzo zależy mi na tym, byś nie musiała obawiać się tego, że cokolwiek mogłoby cię znowu ograniczać.
Narcyzie łzy stanęły w oczach i choć usilnie starała się nie wypuścić ich na zewnątrz, to kilku kroplom się to udało. Przetarła je delikatnie, nie chcąc zniszczyć makijażu, po czym odezwała się lekko drżącym od emocji głosem:
- Jesteś najwspanialszym darem, jaki kiedykolwiek mogłam dostać od losu. Zawsze wiedziałam, że masz dobre serce. Dziękuję synu, nie tylko za tę bransoletkę, ale przede wszystkim za to, że po prostu jesteś. Cały, zdrowy i przy mnie.
Draco nic już nie powiedział, ucałował jedynie dłoń matki i udał się do swojego pokoju.
Blondynka patrzyła na oddalającą się sylwetkę jedynego mężczyzny w jej życiu, który potrafił ją tak uszczęśliwić, nawet drobnym gestem. Odwróciła głowę w bok, by spojrzeć na zegar i sprawdzić, która jest godzina, ale zamiast tego jej uwagę przykuła książka leżąca na półce nad kominkiem. Podeszła do niej i wzięła do ręki. Doskonale znała tę książkę. Uśmiechając się lekko, otworzyła ją na ostatniej stronie i przeczytała w myślach widniejące tam słowa. Westchnęła i odłożyła ją z powrotem.
- Jeszcze tylko troszkę.


***

Dźwięk dzwonka do drzwi wyrwał Ginny z przemyśleń na temat tego, jakiej przyprawy najlepiej użyć do dzisiejszego obiadu. Wytarła ręce w ścierkę i upewniając się, że Bianca spokojnie i bezpiecznie bawi się na dywanie w pokoju obok, poszła przywitać niespodziewanego gościa. Ku jej uciesze, ale też zaskoczeniu w progu stała jej najlepsza przyjaciółka.
- Hej Gin.
- No hej Hermi, wchodź! – rudowłosa przesunęła się, by zrobić miejsce pannie Granger.
Hermiona posłusznie weszła do środka, zdjęła swój beżowy płaszczyk i odwiesiła na wieszak. Ucałowała Ginny w policzek na przywitanie i przeszła do pokoju, w którym znajdowała się jej chrześnica. Dziewczynka gdy tylko zauważyła kobietę, od razu popędziła w jej stronę.
- Ciocia Helmi!
- Cześć słoneczko. – wzięła małą na ręce i przytuliła mocno do siebie – Tęskniłam za tobą, wiesz?
- Ja za tobą tez! Fajnie, ze psysłaś. Zostanies na obiad? Mamusia lobi coś pysnego!
- Jak zawsze. Pewnie, że zostanę, ale póki co wracaj do zabawy, bo ja muszę porozmawiać z mamusią. – odstawiła Biancę na ziemię i zwróciła się do przyjaciółki – Mam ci coś ważnego do powiedzenia.
Ginny skinęła głową dając znak, że rozumie, po czym wskazała Hermionie sofę i poszła do kuchni, by przygotować herbatę. Wróciła po pięciu minutach, niosąc w dłoniach dwa kubki.
- No to słucham, o co chodzi? – ruda nie ukrywała zarówno zdziwienia, jak i ciekawości.
- Miałam wczoraj poważną rozmowę z Blaisem. – kasztanowowłosa widziała, jak kobieta spięła się na dźwięk imienia byłego(?) ukochanego, jednak kontynuowała – Powiedział mi coś odnośnie Dracona.
Panna Weasley wzięła głęboki wdech, szykując się na torpedę zarzutów, jednak zamiast tego usłyszała jedynie ciche, pełne bólu zdanie:
- Draco w ogóle nie wie o moim istnieniu.

__________________________________________________________________
*zaklęcie całkowicie przeze mnie zmyślone
**jak wyżej

 Nawaliłam, przepraszam.
Nie będę się tłumaczyć, bo musiałabym znów powtórzyć to samo. Przykro mi, że nie dałam rady.
Nie wiem, czy ktoś tu w ogóle jeszcze wejdzie, jednakże wstawiam tego posta z nikłą nadzieją, że 'a może jednak'.
Czas pokaże.
Ściskam,
Silje.

3 lip 2014

Miniaturka: List.

Mój drogi, kakaowy Nerwusku.
Wiem, że to dość dziwne przywitanie i choć nigdy wcześniej Ci tego nie mówiłem, to właśnie tak sobie Ciebie nazywałem. Kakaowy Nerwusek. Dlaczego?
Bo mimo tego, że jestem takim wielkim chamem i egoistycznym dupkiem, to zawsze Cię obserwowałem. Zwracałem uwagę na każdy, nawet najmniejszy ruch, gest. Patrzyłem jak Twój malutki nosek marszczy się zabawnie, gdy się złościsz. Jak Twoje policzki przyozdabiają urocze dołeczki, gdy się uśmiechasz. Jak Twoje piękne, czekoladowe oczy błyszczały, gdy byłaś szczęśliwa i jak matowiały, gdy po raz kolejny wbijałem Ci ostry nóż w plecy.
Obserwowałem Ciebie i Twoje zachowanie. Zauważyłem, że uwielbiasz kakao. Uwielbiałaś je chyba nawet bardziej, niż nienawidziłaś mnie. A ja uwielbiałem zlizywać z Twojej twarzy czekoladowe wąsy. Mruczałaś przy tym tak rozkosznie, że aż przez moje ciało przechodził ciepły prąd. Jakieś małe ciepełko.
To była właśnie jedna z tych chwil, kiedy potrafiłem sprawić, że się uśmiechasz.
Zakodowałem sobie wszystkie te chwile, ułożyłem starannie w swoim kamiennym sercu.
W głębi duszy, gdzieś na jej dnie, zawsze niewyobrażalnie się cieszyłem, że doprowadzam Cię do takiego stanu. Że potrafię doprowadzić Cię nie tylko do słonych łez, ale także słodkiego uśmiechu.
Podświadomie wiem, że Ty także zachowałaś sobie niektóre z tych, tak drogocennych dla mnie wspomnień. Powiem Ci w sekrecie, że najważniejszą dla mnie chwilą, był nasz pierwszy raz.
Pewnie się teraz rumienisz, Twoje usta wykrzywiają się w nikłym, aczkolwiek ciepłym uśmiechu, zakładasz niesforny kosmyk za ucho, a serce łomocze Ci w piersi. Zawsze tak reagowałaś, gdy o tym wspominałem. I chociaż wiem, że brzmi to absurdalnie materialnie, to właśnie wtedy uwielbiałem Cię jeszcze bardziej.
Do granic szczęścia doprowadzało mnie Twoje drobne ciało, które wiło się pode mną, Twoje kakaowe usteczka, które szeptały ,,przestań”, a tak naprawdę chciały powiedzieć ,,więcej”.
Nigdy nie zapomnę Twojego krzyku rozkoszy. Był tak melodyjny, tak słodki i prawdziwy, że w tej jednej chwili pomyślałem, że może naprawdę mnie kochasz. Że wytrzymujesz ze mną właśnie dlatego. Że zostałaś z miłości, a nie litości.
Do tej pory słyszę moje imię, wykrzyczane w tamtym momencie. I wiem, że nigdy go nie zapomnę. Nawet wtedy, gdy nie będziesz czuła do mnie już niczego, poza czystą nienawiścią. Bo do tej pory towarzyszyła Ci jeszcze litość, której tak strasznie się bałem.
Nie mam Ci tego za złe, sam sobie jestem winien. Wiem, jak bardzo bolało Cię każde moje obojętne spojrzenie, każde słowo, brak ciepłych ramion po skończonym stosunku, z wyjątkiem tego pierwszego.
Wcale nie czułem się wtedy jakoś specjalnie dumny, że w końcu po roku znajomości, zdobyłem Twoje ciało. Czułem wtedy to przyjemne ciepło i radość, że zrobiłaś to jednak ze mną, a nie z kimś innym. Że oddałaś mi się, bo sama tego chciałaś. Bo mnie kochałaś?
Choć prawdę mówiąc, nie potrafię powiedzieć, co wtedy Tobą kierowało. Może to była litość? A może znudzenie moim ciągłym naleganiem?
Nie wiem, ale jednego mogę być pewien. Że właśnie w tej chwili przestałem Cię tak po prostu uwielbiać. Zacząłem Cię… Kochać.
I choć nigdy Ci tego nie powiedziałem i zapewne nie powiem, to kocham Cię.
Tak zwyczajnie, bezinteresownie, głupio i zachłannie.
Pragnę Ciebie całej, nie tylko Twojego ciała. Chciałbym, by Twoje serce i dusza, każdy uśmiech i łza były tylko moje. Tylko.
Ale wiem, że to niemożliwe. Jestem na to za słaby. Zbyt głupi i zbyt egoistyczny.
Jestem zimnym draniem z sercem płonącym tylko dla Ciebie.
Odeszłaś zaledwie parę dni temu, a ja już nie potrafię normalnie funkcjonować. Błąkam się po tym, kiedyś naszym, teraz pustym mieszkaniu. Patrzę na zdjęcie, stojące w ramce na nocnej szafce koło łóżka. Na Twoją uśmiechniętą twarz. Na Twoje dołeczki w aksamitnych policzkach. Na ukochane rumieńce. Na Twoje małe rączki, trzymające moją koszulę. Na Twoje lekko uniesione wiatrem włosy, moje ręce wokół Twojej szczupłej talii. Na Twoje błyszczące radością oczy.
Nawet nie wiesz, jak bardzo mi teraz krwawi serce. Jak strasznie się czuję. Jak strasznie żałuję, że nie potrafię się przełamać. Że nie potrafię się zmienić. Że jestem takim draniem.
Bo chociaż nigdy mi tego nie powiedziałaś to ja wiem, że właśnie tak o mnie myślałaś. Zimny drań bez jakichkolwiek uczuć. Porcelanowa lalka.
Nie raz mówiłaś mi, że jestem do niej podobny. Moja blada cera, puste oczy. Piękny i idealny, aż do bólu.
Pamiętam, jak podczas jednej z naszych kłótni powiedziałaś, że to, że ja nie mam uczuć nie upoważnia mnie do myślenia w taki sposób o innych. Bo to, że ja jestem porcelanową rzeźbą nie znaczy, że inni także.
Miałaś rację, zachowywałem się jak idiota. Traktowałem Cię jak swoją własność, choć tak naprawdę nigdy nie byłaś moja. Jednak udawanie było o wiele prostsze.
Tobą kierowała litość, mną – zachłanność.
Teraz rozumiem sens słów: ,,człowiek zaczyna rozumieć, kiedy zaczyna cierpieć”.
Tak, cierpię. Bo Cię straciłem. Bo nie potrafiłem zatrzymać.
Już dawno zrozumiałem, że wszystko co robiłem, było złe. Wszystkie słowa, czyny i gesty były niewłaściwe. Żałuję, że musiałaś przeżyć to wszystko, bym zrozumiał, że naprawdę Cię kocham. Nie tylko pożądam, ale naprawdę coś czuję.
Wiem, że to kiepsko brzmi, ale nie stać mnie na większe i bardziej wzniosłe słowa. Mogę jedynie dodać, że strasznie Cię przepraszam.
Przepraszam za to, że Cię skrzywdziłem. Przepraszam za każde złe słowo, każdy obojętny wzrok, każde odepchnięcie Twojego delikatnego ciałka. Za zdeptanie Twojego kruchego serduszka. Za zburzenie planów i marzeń. Za zniszczenie całego życia. Za każdą łzę. Przepraszam, że stałem się Twoim koszmarem. I przepraszam za to, że to słowo już nic nie znaczy w moich ustach.
Żałosne jest to, jak bardzo za Tobą tęsknię. I chociaż wiem, gdzie jesteś, to nie mam odwagi pójść do Ciebie i powiedzieć Ci tego prosto w oczy. Przytulić mocno do siebie, pogłaskać za uszkiem, usłyszeć pomruków zadowolenia.
Nie mam odwagi znowu Cię podenerwować, zwłaszcza tak, by znowu nazwać Cię moim Nerwuskiem.
Pamiętam, jak zawsze się denerwowałaś, kiedy mówiłem, że jesteś słodka. Strasznie się wkurzałaś i mówiłaś, że wcale słodka nie jesteś, bo przecież jesteś Gryfonką, a oni nie są słodcy, lecz odważni i pewni.
Może i prawda, ale dla mnie zawsze byłaś i będziesz słodkim, kakaowym Nerwuskiem. Moim Nerwuskiem z czekoladowymi wąsami.
Jeśli to dostaniesz, jeśli przeczytasz to proszę, byś przyszła do parku na ,,naszą” ławeczkę. Będę czekał, choćby wieczność.
Bo zawsze będę Cię kochał swoją zimną i egoistyczną miłością. Bo nie ma nic słodszego, niż gorzka kawa i czekoladowe kakao.
Bo nie ma nic piękniejszego, niż my i nasz wspólny koszmar.
Kocham Cię, Hermiono.


- Ja Ciebie też, Draco.

Dziewczyna popatrzyła na zdjęcie stojące na stoliczku obok. Uśmiechnęła się blado. Jej wzrok powrócił do listu. Uwagę przykuł wcześniej niezauważony post scriptum.


,,PS: Więc po prostu otwórz drzwi.”


I nie zostało już nic, prócz pięknych i wzniosłych słów. Prócz przebaczenia i skruchy. Prócz jęków i rozkoszy. Prócz słodko-gorzkiej, pięknej miłości.


__________________________________________________________________

 Dzień dobry, misie!
Pewnie duże zdziwienie, że coś tutaj zostaje opublikowane. Przykro mi, że tak Was zawiodłam.
Nie mam zbyt wygórowanego wytłumaczenia. Po prostu praca, praca i jeszcze raz praca, plus ciągła gonitwa z czasem i masa problemów, spadająca w jednym momencie na moje barki... Serio, momentami nie mam chwili, by spokojnie posiedzieć. To nie tak, że odpuściłam sobie, a mój pomysł na to opowiadanie był podsycany słomianym zapałem. Rozdział 4 wciąż jest niedokończony, choć staram się jak mogę, by wreszcie go tu dodać, jednak ciągle coś mi przeszkadza. O tyle mi trudniej, że jest to bardzo istotny rozdział, znajdują się w nim ważne kwestie i nie chciałabym tego za nic spartolić. Dlatego proszę Was o jeszcze troszkę cierpliwości, a w zamian za to, dodaję tę oto miniaturkę, która przyszła mi do głowy znienacka już spory kawał czasu temu. Mam nadzieję, że mnie nie zlinczujecie i wytrzymacie, a także okażecie minimalne zrozumienie. Bo dla mnie niestety wakacje już dawno się skończyły... I nie mam tej swobody, a także okazji do częstszego pisania.
Liczę, że ktoś mimo wszystko tu zajrzy i skomentuje tego posta. To byłaby dla mnie ogromna uciecha, ponieważ miałabym wtedy świadomość, że nadal ktoś tu zagląda i liczy na kolejny rozdział.
Póki co z cichą nadzieją czekam na komentarze i dam z siebie wszystko, by jak najprędzej opublikować 4 część opowiadania.
Do zobaczenia niebawem!
Silje.

1 kwi 2014

Rozdział 3.



Po wysłaniu wiadomości do Zabiniego, Hermiona wstała ze swojej wygodnej kanapy i ruszyła do kuchni. Spojrzała na zegarek stwierdzając, że na kawę jest już zbyt późna pora, dlatego zdecydowała się na kakao. W międzyczasie, gdy mleko podgrzewało się w mikrofalówce, dziewczyna nasypała kakao do kubka i czekała. Po usłyszeniu charakterystycznego dźwięku, oznajmiającego zakończenie podgrzewania, zalała zawartość kubka i wróciła do salonu. Usiadła z powrotem na miejsce, w którym zaledwie parę minut smacznie drzemała i już chciała zanurzyć usta w cudownie pachnącym napoju, kiedy dojrzała swoją torebkę, leżącą na półce przy telewizorze. Mimo jej rozleniwionego umysłu, potrzebowała dosłownie chwili, by zorientować się, że było coś, o czym powinna była pamiętać. Utkwiła wzrok w torebce i nagle ją oświeciło. List.
Niepewnie podeszła do półki, odstawiając ostrożnie parujący nadal kubek, by po chwili porwać z niej torebkę i wyciągnąć zieloną kopertę. Nie wiedziała nawet, ile tak wpatrywała się w papier, bijąc się z myślami, czy na pewno ją otwierać, czy może lepiej nie. Wahała się, a to już był powód, dla którego gotowa była wyrzucić to przekleństwo do kosza. Bo przecież ona nigdy się nie waha – taka już jej gryfońska natura. Najbardziej jednak irytował ją fakt, że nie potrafiła jasno sprecyzować, dlaczego tak bardzo wzbrania się od otwarcia koperty. Czy chodziło tylko o to, co powiedział Blaise? Czy może o to, że bała się treści, która przywoła niechciane wspomnienia? A może po prostu chodziło o sam fakt tego, że ten list był od Niego?
Pokręciła szybko głową, próbując  w ten sposób odgonić od siebie niepotrzebne myśli. Wróciła na kanapę i zdecydowanym ruchem rozerwała papier, po czym wyciągnęła poskładany list. Serce, wbrew rozsądkowi, zaczęło bić szybciej, a ręce pocić. Rozłożyła kartkę, która okazała się być większa, niż jej się zdawało i zaczęła czytać.

Najdroższa Mimi.
Wiem, że nie powinienem się tak do Ciebie zwracać, mając świadomość, jak bardzo lubisz, gdy tak do Ciebie mówię, a jak bardzo Cię rozczaruję dalszymi zdaniami… Ale nie potrafię inaczej. Bo zawsze byłaś i będziesz moją kochaną Mimi. Z uśmiechem, czy bez, daleko, czy blisko, smutna i zła, czy szczęśliwa i radosna – nieważne. Dla mnie zawsze nią będziesz. I niestety jest to chyba jedyna rzecz, jaką mogę Ci tak naprawdę obiecać. No, może jeszcze poza tym, że będę Cię zawsze kochał. I proszę, wręcz błagam: zapamiętaj to. Nieważne, co by się nie działo, to moje zimne serce zostaje Twoje na zawsze. Dlaczego tak bardzo tego pragnę? Odpowiedź jest zbyt prosta i zbyt druzgocąca, jednak muszę to napisać. Proszę Cię o to, ponieważ muszę odejść.
Od początku wiedziałem, że wszystko, co jest między nami, będzie miało w końcu swój kres. Stawiałem jednak bardziej na to, że mój paskudny charakter przepędzi Cię szybciej, niż oboje byliśmy w stanie pomyśleć. Ale Ty, nawet mimo tego, że irytowałem Cię i wkurzałem momentami do ostateczności, nigdy nie dałaś za wygraną. Zawsze trwałaś, twarda, silna, wytrzymała. Odważnie stawiałaś czoła moim humorkom, a także tym ciężkim chwilom zwątpienia, które nawiedzały mnie dość często. Tak naprawdę, to chyba Ty walczyłaś o nas bardziej ode mnie, choć ja, jako facet powinienem to robić samoistnie…
To, że byliśmy razem było czymś niezwykłym i nieprzewidywalnym, czymś, czego nigdy nie planowałem, ani o czym nawet nie pomyślałem przez sekundę. To uczucie, które we mnie stworzyłaś, spadło na mnie niczym grom z jasnego nieba i wtedy już wiedziałem, że przez ten cały czas moje klapki na oczach nie pozwalały mi na dostrzeżenie tego, co było na wyciągnięcie ręki od dawna. Pomogłaś mi znaleźć w sobie pokłady nadziei i ciepłych uczuć, które od zawsze tłumiłem w zarodku, święcie przekonany, że stalowe serce, dodatkowo okute lodem, nie jest zdolne do niczego innego, poza zwykłym pompowaniem krwi. I w tej chwili, to serce, które ostudziłaś, do którego znalazłaś klucz, a którego ja nie mogłem znaleźć przez prawie całe życie, rozpada się na milion kawałków i nic nie będzie w stanie ich już skleić… Chyba, że los się do mnie uśmiechnie, w co jednak naprawdę szczerze wątpię. Zapytasz pewnie: dlaczego się rozpada? Odpowiedź jest prosta… Każdy najmniejszy milimetr tego serca należy do Ciebie i tylko Ty jesteś w stanie napędzać go do jakiekolwiek życia, a nawet istnienia. Bez Ciebie będzie tylko nic nieznaczącym organem, który w chwili zamknięcia się za mną drzwi dormitorium, bezpowrotnie utracę.
Nigdy nie byłem wylewny w uczuciach, czasami nawet bywałem trochę zbyt mało romantyczny, ale to akceptowałaś i widziałem, że bardzo się starasz, żeby to nadgonić. Nie przeszkadzało Ci to, że nie wyskakuję z dziwnymi niespodziankami, jak Blaise, ani nie obdarowuje Cię na każdym kroku słodkimi pocałunkami. Ani razu nie narzekałaś na brak czułości, co było dla mnie ogromną ulgą, ponieważ wiedziałem, że Ty wiesz, że i bez tego wszystkiego masz mnie całego, na ten mój pokręcony sposób. Ale teraz… Teraz to wszystko, co razem przetrwaliśmy, a także to, czego nie będziemy mogli nigdy mieć zderzyło się we mnie, powodując ogromny wybuch, którego nie jestem w stanie kontrolować. Z jednej strony chcę wyć i krzyczeć, z drugiej biec do Ciebie, przytulić i powiedzieć, że mam to wszystko gdzieś i zostaję z Tobą, a z trzeciej… Cholernie się boję, dlatego Cię zostawiam. Wiem, że to żadne usprawiedliwienie, ale robię to przede wszystkim dla Ciebie i Twojego bezpieczeństwa. Nie mogę dopuścić do tego, by stało Ci się cokolwiek złego.
Zapewne nie raz zastanawiałaś się, dlaczego unikam słów takich jak „nigdy” lub „zawsze”. Oto właśnie jest powód – bo wiedziałem, że na końcu i tak będę musiał Cię zranić i zostawić. Z całych sił starałem się, walczyłem i kombinowałem, żeby jednak nie musieć tego robić, ale mimo to poniosłem porażkę. Szkoda, że to nie jedna z tych, która jest nawozem do sukcesu…
Niemal czuję fizyczny ból całego ciała na samą myśl o tym, że pewnie czytając ten list będziesz rzewnie płakać. Doskonale wiesz, jak bardzo nienawidziłem u Ciebie choćby najmniejszej oznaki smutku czy niezadowolenia. Starałem się wtedy niwelować to jak najszybciej i jak najlepiej. Niezły paradoks, prawda? Ale to nie wszystko… Czuję się tak okropnie nie tylko ze względu na to, że Cię zawiodłem, ale też dlatego, że chciałem Ci dać wszystko, o czym marzyłaś. Dom, szczęście, rodzinę…
Pamiętasz, jak dowiedzieliśmy się, że Blaise i Wiewiórka będą mieli dziecko? To był jeden z najgorszych dni w moim życiu. Jasne, cieszyłem się bardzo z ich szczęścia, ale w środku oprócz szczerej radości, była równie wielka zazdrość i ból, że ja nigdy nie będę mógł pochwalić im się tak samo, jak oni nam. I jest to kolejny gwóźdź do mojej trumny – ponieważ jestem świadom tego, że któregoś dnia odnajdziesz kogoś na moje miejsce, będziesz z nim szczęśliwa, a ja wrócę i będę mógł tylko na to patrzeć, gryząc zęby i zaciskając pięści z bezsilności.
Na koniec chciałbym Cię jeszcze raz bardzo przeprosić. Wiem, że nie zasługuję na Twoje wybaczenie, ani nawet na Twoją pamięć o mojej osobie, ponieważ tacy tchórze jak ja, którzy wysługują się listem, zamiast rozmową w cztery oczy, nie zasługują na tym w żadnym stopniu. Jednakże chcę, byś wiedziała, że robię to celowo. Nie zniósłbym ani sekundy patrzenia na Twoje cierpienie.
Może kiedy wojna się skończy i wygra ta strona, która powinna… Może wtedy uda mi się choć na chwilę uśmiechnąć wiedząc, że jesteś bezpieczna.
Kocham Cię, Hermino Jane Granger. I łamiąc swoją żelazną zasadę dodam, że na zawsze.

Draco.

Po raz kolejny tego dnia, świat stanął. Czuła się tak, jakby znajdowała się w jakiejś cholernej próżni, a jedynym źródłem życia, był list znajdujący się w jej rękach. Nie wiedziała kiedy łzy zaczęły toczyć się strumieniami po jej policzkach, ani nie mogła jednoznacznie stwierdzić, co właściwie czuje w tej chwili. Pustka, jaka ją ogarnęła, przyćmiła na moment falę bólu i goryczy, która nastąpiła chwilę później. Nie potrafiła sprecyzować, co boli ją bardziej: pęknięte serce i nowo otwarte rany, czy paznokcie wbijające się w jej miękką skórę, raniąc ją do krwi. Patrzyła rozmazanym wzrokiem na ostatnie słowa listu, nie mogąc uwierzyć, że przez tyle czasu żyła w przekonaniu, że została bestialsko wykorzystana i porzucona przez człowieka, któremu oddała całą siebie, którego pokochała miłością tak silną, że momentami sama nie wiedziała, jak to jest możliwe. Przez trzy lata żyła w niewiedzy, próbując bezskutecznie znienawidzić Draco, zapomnieć, albo chociaż nie czuć kołatania serca na najmniejszą wzmiankę o jego osobie. Rzuciła się w wir pracy, mając ogromną nadzieję, że to pomoże jej oderwać się od przeszłości. Co prawda dorobiła się swojego własnego magazynu, który sprzedawał się czasami nawet lepiej od Proroka Codziennego, ale wiedziała doskonale, że to nie było to, czego pragnie. Satysfakcjonował ją sukces zawodowy, ale na tle uczuciowym ponosiła same porażki. Po wojnie spotkała się raptem z trzema mężczyznami, jednak żaden jej ani nie zachwycił, ani nie wzbudził jej martwego serca. Podświadomie wiedziała, że zdolny do tego jest tylko On.
Nie mogąc dłużej wytrzymać bólu przeszywającego jej ciało oraz umysł, odłożyła list na bok, zwinęła się w kłębek i wciąż szlochając w poduszkę, próbowała się w miarę uspokoić. Wyczerpana silnymi emocjami, zapadła po chwili w niespokojny sen.

***
Kolejny dzień przywitał mieszkańców Londynu ciepłą i słoneczną pogodą, co było zjawiskiem nader niezwykłym. Wszyscy ludzie, niezależnie od tego, czy spieszyli się właśnie do pracy, czy też siedzieli w domu, przyjmowali promienie słońca w wielkimi uśmiechami na twarzach. Nie inaczej było z Ginny Weasley, która nie mogąc stracić takiej okazji, postanowiła wyjść na spacer ze swoją córeczką. Wsadziła więc małą do wózka i udała się do pobliskiego parku. Ku uciesze wielu, w parku znajdował się plac zabaw, na którym dzieci mogły się wyszaleć, dając swoim rodzicom nieco wytchnienia. Ginny zajęła ławkę niedaleko piaskownicy i wypuściła Biancę z wózka. Dziewczynka od razu pobiegła w stronę drewnianego ogrodzenia, by po chwili radośnie zacząć budować pierwszą babkę. Rudowłosa patrzyła na nią z czułością w oczach i uśmiechem na twarzy. Zaabsorbowana poczynaniami córki, nie zwróciła uwagi na to, że ktoś się do niej przysiadł.
- Cześć Rudzik.
Słysząc ten głos omal nie spadła z ławki. Odwróciła szybko głowę, nie wierząc własnym uszom i oczom. Uśmiechnęła się jeszcze szerzej i niemal rzuciła na przybysza, tuląc go do siebie.
- Draco! Wróciłeś! – blondyn zaśmiał się, również obejmując przyjaciółkę. Trwali tak kilka sekund, po czym Ginny ponownie się odezwała – Co tu robisz?
- No cóż, chciałem Ci zrobić niespodziankę, więc udałem się pod adres, który mi podałaś jakiś czas temu i akurat gdy dochodziłem na miejsce, zauważyłem jak wychodzisz z małą. Postanowiłem iść za wami i oto jestem.
Dziewczyna uśmiechnęła się jeszcze szerzej i szturchając Draco w ramię, powiedziała:
- Zawsze byłeś dobry w zaskakiwaniu ludzi.
- Owszem, to prawda. Ale przejdźmy do konkretów: co tam słychać? Jak ci się układa, no i jak tam moja chrześnica się sprawuje? – to mówiąc kiwnął głową w stronę ciemnowłosej dziewczynki, aktualnie poklaskującej samej sobie na znak udanej babki.
- U mnie… Właściwie, to w porządku. Czuję się dobrze, mała rośnie jak na drożdżach i zadaje niestety coraz więcej pytań, jak to trzyletnie dziecko. Ale ogólnie nie mogę narzekać. A co u ciebie?
- Żyję, a to wielki sukces. A tak naprawdę, to jest dziwnie, ale chyba dobrze. Wróciłem do domu, uszczęśliwiając przy tym moją matkę, co jest dla mnie powodem do radości. A poza tym to nic.
- Jest dziwnie? Dlaczego? – dziewczyna popatrzyła na niego pytającym wzrokiem. W jej głowie uformowała się pewna myśl, jednak wolała nie mówić jej na głos.
- Przede wszystkim: przeszedłem tak jakby terapię. Mój wuj okazał się być naprawdę dobry w swoim fachu i pomógł mi wyjść na prostą w kwestii moich emocji po wojnie. Jednak… Czuję w środku, że coś jest nie tak, jak być powinno. Napotykam rzeczy, albo zdarzają się sytuacje, w których popadam w jakąś dziwną dezorientację, jakbym już kiedyś miał z czymś takim do czynienia, tylko ktoś wyprał mi mózg i tego nie pamiętam.
Ginny zmarszczyła brwi, wiedząc doskonale, o czym mówi chłopak. Jednak westchnęła tylko i odparła:
- Może po prostu wracają wspomnienia? No wiesz, ludzie mają tak czasami, że aby się uchronić przed wyrzutami sumienia, zatracają w sobie cząstkę człowieczeństwa, próbują wyprzeć z mózgu różne, ich zdaniem, zbędne informacje, żeby później było łatwiej.
Malfoy zastanowił się chwilę nad tym, co powiedziała i stwierdził, że faktycznie coś w tym jest. Nadal jednak nie rozumiał pewnej rzeczy…
- Gin?
- Hm?
- Jesteś kobietą, więc jak sądzę, będziesz bardziej wrażliwa niż taki Zabini… Jak możesz, to wytłumacz mi pewną rzecz. Będąc te trzy lata w Barcelonie, poznałem parę kobiet, które mnie zainteresowały. Jak dobrze wiesz, skończyłem z podchodami na miarę palanta z kasą w kieszeni, ale z brakiem wyczucia i naprawdę chciałem się zaangażować, ale… Nie mogłem. Coś w mojej podświadomości nakazywało mi zaprzestać tego, zupełnie, jakby poczucie czegoś więcej do nich było czymś bardzo złym. Na dodatek miałem wrażenie, jakbym miał kogoś zranić, jeśli dopuściłbym do głębszej więzi… To bardzo męczące, jeśli mam być szczery. Dlatego pytam Ciebie, jesteś lepsza w tych uczuciowych sprawach niż ja.
- Hm…Tak jak mówiłam, czasem ludzie świadomie wypierają się pewnych rzeczy, jakby to miało im w czymkolwiek pomóc, zapominając jednak, że wszystko zawsze do nas wraca. Może ty też kiedyś miałeś osobę, na której ci bardzo zależało, ale nie mogłeś z nią być, więc chciałeś zapomnieć o tym kimś tak bardzo, że przyprawiło Cię to o taki, a nie inny efekt uboczny? – mówiąc to, rudowłosa przeklinała samą siebie w duchu. Ledwo wydusiła z siebie ostatnie dwa słowa, wiedząc doskonale, dlaczego jej przyjaciel czuje to wszystko. W jej sercu na nowo odrodziło się poczucie winy, które tak usilnie próbowała trzymać na wodzy przez te wszystkie lata. Dziwiła się, że była w stanie w ogóle powiedzieć to wszystko, a widząc skupioną twarz blondyna analizującego to, co powiedziała, miała ochotę walnąć samą siebie w twarz i wykrzyczeć mu całą prawdę. Ciszę przerwał Draco, którego słowa sprawiły, że poczuła się jeszcze bardziej podle.
- Coś w tym jest. Może faktycznie kiedyś ktoś był… Nie wiem. Życie w Hogwarcie było jednym wielkim melanżem, poza siódmym rokiem, rzecz jasna. Wtedy wszystko się zmieniło…
- Owszem. Ale najważniejsze jest to, że dałeś sobie z tym wszystkim radę, a nawet przezwyciężyłeś przeciwności i jesteś teraz tym, kim jesteś. A mianowicie Draco Malfoy’em, jednym z najbardziej przystojnych facetów stąpających po ziemi, inteligentnym, ale przede wszystkim niezależnym mężczyzną, który zasługuje na dobre życie. – to mówiąc, położyła mu swoją dłoń na jego, ścisnęła i uśmiechnęła się do niego.
Przez chwilę Draco nie wiedział, co ma odpowiedzieć. Czy naprawdę tak było? Czy zasługiwał na spokój i szczęście, a także to „dobre życie”, o którym mówiła Ginny, nawet po tym wszystkim, co zrobił? Niezaprzeczalną prawdą było to, że działał pod przymusem. Nie chciał być Śmierciożercą, nie chciał krzywdzić innych ludzi, nie chciał być takim zimnym, wyrachowanym i bezuczuciowym posągiem, jak jego zmarły ojciec. A jednak pozwolił na to, by podjęto wybór za niego. Przystąpił do ciemnej strony, robił rzeczy, za które do tej pory pokutuje, ale wycierpiał też swoje. Czy taki człowiek ma prawo do godnego życia? Spojrzał na lekko zmartwioną jego milczeniem twarz Ginny i z jej oczu wyczytał, że mówi prawdę. Nie mógł ciągle obarczać się przeszłością, musiał iść na przód, tak jak to tłumaczył mu jego wuj i jak sam poprzedniego wieczora radził Zabiniemu.
- Sądzę, że masz rację. Muszę spróbować żyć tak, jak zawsze chciałem. – odwzajemnił uśmiech, po czym spojrzał na małą dziewczynkę, która pędziła właśnie w ich kierunku.
- Mamusiu! Pac, jaką ładną zlobiłam babkę! – to mówiąc dziewczynka wyciągnęła przed siebie dwie małe rączki, na których spoczywała zdekonstruowana piaskowa babka w kształcie kwiatka.
- Jest śliczna, skarbie. Idzie ci z tym coraz lepiej, za niedługo zbudujesz cały zamek! – Ginny odwróciła się w stronę córki i poprawiła jej niesforny kosmyk włosów, który wydostał się spod niebieskiej spinki.
Bianca natomiast przeniosła wzrok ze swojej mamy na siedzącego obok niej Draco i ze zdziwieniem wymalowanym na twarzy, zapytała:
- Mamo? A co to za pan?
- Pamiętasz, jak opowiadałam ci o wujku, który mieszka daleko, ale bardzo cię kocha i nie może doczekać się, aż cię zobaczy?
Mała kiwnęła głową na znak zrozumienia, po czym zwróciła się do blondyna:
- Ty jesteś wujek Dlaco?
- Tak kochanie, to ja, we własnej osobie.
Ku uciesze, a zarazem zdziwieniu obojga dorosłych, Bianca niemalże rzuciła się na Draco, pchając mu się na kolana i przytulając się do niego mocno. Zdezorientowany mężczyzna na początku nie bardzo wiedział, jak ma zareagować, zwłaszcza, że nigdy nie miał do czynienia z małymi dziećmi, ale już po chwili po prostu objął małą ramionami i pocałował delikatnie w czubek głowy. Sam nie wiedział, jak zdobył się na takie coś, ponieważ uważał, że nie jest zdolny do okazywania czułości, jednak ta mała istotka wzbudziła w nim płomień, który ocieplił jego zimne serce i pchnął go do tego, co zrobił. Trwali tak zaledwie chwilę, jednak ta chwila sprawiła, że poczuł się naprawdę dobrze.
- Naleście wlóciłeś! Mamusia mi tobie mówiła, ze jesteś daleko, bo masz jakieś wazne splawy do załatwienia. Ale obiecała, ze psyjedzies, no i jesteś! Dziękuję, ze jesteś wujku! – te słowa utwierdziły Draco w przekonaniu, że faktycznie nie jest jednak tylko zimnym posągiem.
- Ja też się cieszę, że jestem, Bianco. Nie mogłem się doczekać, kiedy cię w końcu zobaczę. Bardzo tęskniłem za tobą i twoją mamą, ale na szczęście udało mi się załatwić wszystkie sprawy, jakie miałem na głowie i wróciłem.
- I zostaniesz jus? Na zawse?
- Tak. Na zawsze.
Ginny siedziała, a serce rosło jej w piersi na ten widok. W tym momencie była szczęśliwa jak nigdy dotąd. Jej przyjaciel wrócił na stałe do domu, a do tego stał się, jak szło szybko zauważyć, ulubieńcem jej najukochańszej córki. I choć nadal bardzo przeszkadzała jej szpilka wbita w serce, świadcząca o poczuciu winy, które w niej narastało, to na tą chwilę nie chciała o tym myśleć, lecz skupić się na pozytywach. Pogrążona w myślach nie zauważyła nawet, kiedy Bianca wypuściła z objęć blondyna i na powrót znalazła się w piaskownicy, śmiejąc się głośno i radośnie.
- Chyba mnie polubiła. – stwierdził Draco, nadal obserwując dziewczynkę.
- Chyba na pewno.
- Cieszy mnie to.
- Mnie również Draco, naprawdę. I mam nadzieję, że Twoje słowa nie są jedynie pustym zapewnieniem małego dziecka. – spojrzała uważnie na blondyna, chcąc wyczytać cokolwiek z jego twarzy.
- Nie, Ginny. Naprawdę nigdzie się już nie wybieram. Czuję, że powrót tutaj to coś, czego potrzebowałem od dawna, jednak nie potrafiłem się przełamać. To dziwne, ale mam wrażenie, że spotka mnie tu w końcu coś dobrego. – odwrócił głowę w stronę rudowłosej i uśmiechnął się łagodnie.
W innym przypadku słowa wypowiedziane przez przyjaciela bardzo by ją usatysfakcjonowały, jednakże w obliczu wydarzeń z przeszłości sprawiły tylko, że ponownie poczuła się jak zwykła kłamczucha. Mimo to zebrała się na odwzajemnienie uśmiechu, mając wewnętrzną nadzieję, że wypowiedź Draco znajdzie swoje urzeczywistnienie.
- A właśnie… Jest jeszcze coś, o czym chciałem z tobą dziś porozmawiać.
- O co chodzi?
- O Blaisa.
Ginny momentalnie spięła się, a mina jej zrzedła. Domyślała się co prawda, że nadejdzie dzień, w którym Draco wszystko z niej wyciśnie, ale cały czas wierzyła, że może jednak sobie odpuści. Wystarczyło jej to, że każdego dnia pluła sobie w brodę, że była taka głupia i w obliczu wyimaginowanego zagrożenia, podeptała wszystkie plany i nadzieje, rozdzierając przy tym na kawałki nie tylko swoje, ale też serce bruneta. Westchnęła przeciągle, zwieszając głowę i nie wiedząc, co ma powiedzieć. Bo jak miała wytłumaczyć coś, czego sama do końca nie była w stanie zrozumieć? Wiedziała jedynie, że to był błąd, za który musiała płacić nie tylko ona, ale też jej córka. I chociaż nie ograniczała jej kontaktu z ojcem w żaden sposób, to nie zmieniało to faktu, że i tak nie było to to, co być powinno.
- Draco… Co mam ci powiedzieć? No co? Zwaliłam sprawę, zostawiłam go, bo coś sobie ubzdurałam w głowie i tyle… Żałuję tego, ale jestem świadoma tego, że go bardzo skrzywdziłam i nie zasługuję na to, by przyjął mnie z powrotem. Nigdy nawet przez myśl mi to nie przeszło. Dlatego związałam się z Josh’em...
- I jesteś z nim szczęśliwa?
- Chyba tak. To znaczy… Jest dobry dla mnie i Bianci. Nie robił mi nigdy wyrzutów o to, że pozwalam spotykać się małej z ojcem.
- Jakoś mnie to nie dziwi…
- Co masz przez to na myśli?
- Jak mógłby to robić, skoro aranżujesz spotkania przez jakąś przyjaciółkę, zamiast robić to osobiście? – odpowiedział Draco, kładąc nacisk na ostatnie słowo.
Rudowłosa po raz kolejny poczuła ogromną kulę w gardle, która niemal przyprawiała ją o tępy ból.
- Więc powiedział ci?
- Nie trudno było to z niego wyciągnąć.  On cierpi, Ginny. Cierpi, bo nadal cię kocha, nawet jeśli się do tego nie przyznaje. Nie chciałabyś widzieć, jak zareagował na wieść o tym, że masz zamiar wyjść za mąż.
- Wiem, że to głupie i dziecinne, ale… Naprawdę nie jestem w stanie się z nim spotkać. Nie wiem, jak miałabym się zachować, co powiedzieć… Nie mieliśmy najmniejszego kontaktu odkąd go zostawiłam. Od tamtego czasu widziałam się z nim tylko raz – kiedy urodziłam Biancę, a on przyszedł zobaczyć ją do szpitala. Widziałam, że chce ze mną porozmawiać, ale ja nie mogłam. To za bardzo bolało… Poza tym, cały czas czuję wyrzuty sumienia, a wtedy to już w ogóle czułam się paskudnie. Później popadłam w depresję i tylko ty oraz ta moja przyjaciółka, podtrzymywaliście mnie na duchu. Nie raz chciałam chociażby napisać list do Blaisa, żeby mu wytłumaczyć swoje postępowanie, ale nie umiałam. Później poznałam Josh’a, przy którym miałam nadzieję, że jakoś się odnajdę. Owszem, udało mi się poukładać co nieco moje życie, ale Zabini dalej siedzi mi w sercu… I choć to brzmi absurdalnie, bo przecież jestem zaręczona i za pół roku mam zostać panią Lediel, to właśnie taka jest prawda. Poza tym Bianca na każdym kroku mi o nim przypomina. A kiedy wraca do domu po spotkaniu z nim… To już w ogóle jest koszmar. Nie dość, że papla o nim przez kolejne trzy dni, to jeszcze zazwyczaj pachnie jego perfumami… - nie wiedziała nawet, kiedy jej oczy zaszły łzami, a głos stał się drżący i przerywany. Z jednej strony poczuła się lepiej, bo wreszcie wyrzuciła z siebie to, co ją dręczyło przez bardzo długi czas, ale z drugiej otworzyła przy tym szufladę wspomnień, które starała się usilnie trzymać na wodzy, a nawet o nich całkiem zapomnieć.
Malfoy patrzył na nią z troską w oczach. Nie zastanawiając się zbyt długo, przytulił ją do siebie, głaszcząc przy tym jej miękkie włosy. Odkąd tylko zaczęli się przyjaźnić, zawsze starał się być dla niej nie tylko zwykłym oparciem, ale naprawdę pomocną dłonią. Cieszył się, że ją ma, ponieważ nie raz dawała mu nadzieję na lepsze jutro. W kryzysowych momentach, kiedy już nawet kazania wuja nie pomagały, wystarczyła krótka wiadomość od niej, by poczuł się pewniej i odzyskał wiarę w siebie. Dlatego chciał z całego serca, by i ona mogła być w końcu szczęśliwa. Nie przyznawał tego otwarcie, ale ciągle miał nadzieję na to, że dwójka jego najlepszych przyjaciół jednak się ze sobą znowu zejdzie. Pragnął tego, bo widział, jak bardzo im zależy na sobie nawzajem. Momentami miał ochotę zdzielić po głowie i nawrzeszczeć na nich obojga, żeby się spięli i wzięli do kupy, zaczęli walczyć o siebie, ale powstrzymywała go myśl, że nie może im dyktować tego, jak mają żyć i załatwiać swoje sprawy. Uzbroił się więc w cierpliwość, czekając na dzień, w którym otworzą oczy i zaczną działać.
- Może i nie rozumiem tego do końca, ale wiem jedno: kochacie się dalej i to jest najważniejsze. Nie buntuję cię przeciwko Josh’owi, bo go nawet jeszcze nie poznałem, ale wiem, co siedzi w głowie twojej i Diabła. Nie zmuszam cię też do diametralnej zmiany decyzji, raczej mam na myśli, że dobrze by było, gdybyś chociaż spróbowała odbudować z Blaisem relacje czysto międzyludzkie. Żebyś przestała uciekać.
Ginny podniosła głowę, spojrzała w stalowoszare i nader przenikliwe oczy blondyna, stwierdzając, że ma całkowitą rację. Przecież była już dużą dziewczynką i musiała podjąć w końcu jakąś inną decyzję, niż tylko ciągłe chowanie się i uciekanie od prawdy i rzeczywistości. W tym momencie poprzysięgła sobie również, że choćby miała stanąć na rzęsach, to przywróci także harmonię w życiu Draco i Hermiony. W końcu wiedziała, co się stało te lata wstecz, znała plan Zabiniego i nawet mu w nim pomogła. Siedzieli w tym razem wtedy, więc będą musieli to też odkręcić razem teraz. I jeśli to miałby być jedyny, poza Biancą oczywiście, powód, dla którego miała się przełamać i skonfrontować z Blaisem, to to zrobi. Bo musi, bo tak trzeba, bo jest im to winna. Uśmiechnęła się i pokiwała głową twierdząco.
- Co prawda, to prawda. Kto by pomyślał, że Książę Slytherinu będzie mi prawił gadki moralizująco-uświadamiające?
- No właśnie, kto by pomyślał… - zaśmiali się oboje i wrócili do poprzednich pozycji.
Siedzieli tak jeszcze godzinę, rozmawiając i śmiejąc się, ale nie wspominając już nic na temat przeszłości. Patrzyli przy tym na rozradowaną ciemnowłosą dziewczynkę, napawając się swoim dawno oczekiwanym towarzystwem i ciepłymi promieniami słońca, które ogrzewało ich uśmiechnięte twarze.

***
Na zegarze wybiła równo godzina 20:00, gdy Hermiona usłyszała dźwięk dzwonka do drzwi. Wstała z kanapy i poszła otworzyć. W progu stał nie kto inny, jak Blaise Zabini z miną cierpiętnika. Kasztanowo-włosa wpuściła go bez słowa do środka i zamknęła drzwi. Wskazała głową, że ma udać się do salonu, co też wykonał, a sama udała się do kuchni, by przygotować herbatę. Kiedy wróciła, zobaczyła, że brunet zamiast swobodnie usiąść na kanapie lub fotelu, jak to miał w zwyczaju, stał przy oknie i wpatrywał się tępo w przestrzeń za nim. Odchrząknęła, dając tym samym znać o sobie. Zabini odwrócił się, a jego twarz nie wyrażała niczego innego, poza bezgranicznym smutkiem. Hermiona wzdrygnęła się lekko na ten widok, jednak nie dała poznać po sobie ogromnego napięcia, jakie wywołał. Z determinacją w oczach i tłukącym sercem w klatce piersiowej usiadła na wcześniej zajmowanym miejscu i czekała. Gdy już miała powiedzieć coś, by przerwać niezręczną i gęsta ciszę, brunet zabrał głos, wprawiając ją w niemałe osłupienie.
- Jestem pierdolonym idiotą, Herm. Idiotą, który spieprzył ci życie, odebrał szansę na szczęście i jeszcze miał czelność mówić ci, że się jakoś ułoży…
- Blaise… O czym ty mówisz? Powiedz mi w końcu!
Brunet przełknął głośno ślinę, a wszystko, co miał ułożone w głowie, bezpowrotnie zniknęło.
- Bo ja…


__________________________________________________________________

Tak, tak, wiem, jestem przeokropna! Niestety, nie dałam rady wcześniej tego ogarnąć...
Bardzo Was przepraszam! Mam nadzieję, że ten rozdział, który zajął mi 9 stron w wordzie wynagrodzi Wam ten miesiąc czekania. Postaram się, żeby kolejny ukazał się wcześniej.
Mam naprawdę bardzo ograniczony czas na cokolwiek, dlatego też nie tylko nie było nowego rozdziału, ale też jestem do tyłu z komentowaniem na Waszych blogach. Jednak bez obaw! Nadrobię to najprawdopodobniej w piątek, bo będę miała w końcu dzień wolny.
Poza tym rozdział dedykuję Mad, która tak bardzo czekała na to, co takiego Draco napisał w liście. Mówisz i masz!
Liczę na komentarze, które mnie mega motywują, a także na to, że Wam się spodoba. :)
Pozdrawiam!
Silje.